Głos Weterana i Rezerwisty

Aktualności

POLIGONOWY ARTYLERYJSKI EGZAMIN

Jest trzecia dekada marca 1952 roku. Od niespełna roku jestem dowódcą baterii ppancernej 76 mm armat wskładzie artylerii pułkowej 39 pz 8 DZ w Trzebiatowie, który po latach przyjął nazwę 36pz. I jak zawsze w tym okresie rozpoczynamy bezpośrednie przygotowania do wyjazdu na drawski, letni poligon. Byłem wówczas jedynym żołnierzem zawodowym w baterii, a dowódcami plutonów, działonów i drużyn w plutonie dowodzenia byli podoficerowie służby zasadnicze także szefem baterii był podoficer służby zasadniczej. Pragnę jednak już na wstępie podkreślić, że wypełniali oni swoje obowiązki z pełnym zaangażowaniem i ofiarnością, osiągając bardzo dobre wyniki w szkoleniu isłużbie. Intensywną pracę wychowawczą, jaką prowadziłem zżołnierzami, codzienne szkolenie i systematyczne treningi na przykoszarowym placu ćwiczeń sprawiały, że dni mijały szybko i rychło nadszedł czas wyjazdu na poligon w pierwszej dekadzie maja. Załadowanie na transport kolejowy i przejazd na poligon był kolejnym ważnym sprawdzianem zgrania baterii, który zdaliśmy na piątkę. W czasie kilku ćwiczeń na poligonie moja bateria wyróżniała się sprawnością działania i dobrym wyszkoleniem. Starsi ode mnie wiekiem i doświadczeniem dowódcy baterii dziwili się, że taki żółtodziób nieźle sobie radzi. Nie było w tym jednak żadnej zazdrości - w trudnych sytuacjach okazywali mi nie tylko życzliwość, ale służyli często radą i pomocą. Na zgrupowaniu całej artylerii pułku moi żołnierze także przodowali. Każdą wolną chwilę wykorzystywaliśmy na naukę Szkolenie zgodnie z programem trwało 10 godzin dziennie. Nie czułem zmęczenia, ponieważ widziałem, że moja bateria z dnia na dzień była coraz lepiej wyszkolona i przygoto­wana do czekającego ją egzaminu. Jednak wiadomość, że dowództwo pułku wytypowało moją baterię do egzaminu przed komisją inspekcyjna, przyjąłem z mieszanymi uczuciami. Byłem oczywiście dumny z wielkiego zaufania jakim nas obdarzono. Ale mając świadomość, że wynik egzaminu artylerii pułkowej, którą moja bateria miała reprezentować decydował o ostatecznej ocenie pułku, zdawałem sobie sprawę, jak wielka ciąży na mnie odpowiedzialność. Natychmiast zarządziłem zbiórkę baterii i poinformowałem żołnierzy o decyzji dowództwapułku i czekających nas zadaniach. Patrzyłem uważnie namoich żołnierzy, starając się dowiedzieć z wyrazu ich twarzy, jak przyjmują tę niecodzienna decyzję. Zastanawiałem się równocześnie, czy będą w stanie wytrzymać to wielkie obciążenie psychiczne i fizyczne. Reakcja moich żołnierzy przeszła moje najśmielsze oczekiwania, byli bardzo zadowoleni, a także podkreślali, że są dumni z faktu reprezentowania artylerii pułkowej podczas inspekcji. Z wielkim zaangażowaniem i ofiarnością przystąpiliśmy do ostatniego szlifu formy przed czekającym nas za kilka dni egzaminem. Każdą czynność w czasie treningów powtarzaliśmy po kilkanaście razy. Zorganizowane grupy samokształceniowe pomagały słabszym w nauce. Każdego dnia pracowałem po dwanaście godzin. Nadszedł wreszcie ten dzień i pierwszy niełatwy egzamin - strzelanie z wysłużonego już karabinu kbk. Ale bateria nie sprawiła mi zawodu. Strzelanie wykonaliśmy na ocenę bardzo dobrą i zajęliśmy pierwsze miejsce w strzelaniu z kbk spośród wszystkich pododdziałów, pułku. Byłem tak szczęśliwy, że podczas strzelania ręka mi trochę zadrżała i sam wykonałem strzelanie na ocenę dostateczną. Ale nie miała ona już wpływu na ogólną ocenę baterii. Za trzy dni czekał nas egzamin najważniejszy - strzelanie na wprost z naszych niezawodnych 76mm dział ppanc. Ciężar odpowiedzialności był ogromny. Jednak znając poziom wyszkolenia moich żołnierzy i ich poczucie odpowiedzialności, byłem pełen optymizmu. Wreszcie nadszedł ten dzień sierpniowy 1952 roku. Punktualnie o godzinie 6.30 rano przyjechał wraz z członkami komisji inspekcyjnej dowódca Artylerii Pierwszego Korpusu Pancernego płk Adam Czaplewski. Po chwili usłyszałem polecanie szefa artylerii pułku mjr Stanisława Sztejnbisa: por. Anysz do dowódcy artylerii korpusu! Natychmiast sprawdziłem wszystkie szczegóły swojego umundurowania i szybko udałem się w kierunku płk Czaplewskiego, który w towarzystwie dowódcy Artylerii 8 DZ płk Galocza zbliżał się do okopanej baterii. Zatrzymałem się przed nimi i złożyłem meldunek o gotowości baterii do wykonania zadania. Płk Czaplewski przywitał się ze mną i zupełnie nieoczekiwanie zapytał, ile mam lat. Ukończyłem dwadzieścia dwa, obywatelu pułkowniku - odpowiedziałem. Pułkownik uśmiechnął się, poprosił o krótkie przedstawienie sytuacji taktycznej, sprawdził znajomość zadań ogniowych i zapytał: „Jaki będzie wynik strzelań? Chwilę się zastanowiłem i odpowiedziałem, że jesteśmy przygotowani do wykonania zadańogniowych na ocenę bardzo dobrą. Życzę powodzenia, zaczynajcie - powiedział pułkownik. Pierwszy działon rozpoczął strzelanie do grupy pięciu czołgóww ruchu (makietczołgów). Po pierwszym strzale celowniczy doznał lekkiego okaleczenia łuku brwiowego, ale nie pozwolił się odciągnąć od celownika i kolejne strzały skutecznie raziły makiety czołgów. Po oddaniu ośmiu strzałów (norma przewidywała 16 pocisków) z przerażeniem usłyszałem komendę: Przerwij ogień! Usiłowałem protestować, ale płk Czaplewski wyjaśnił mi, że osobiście kazał przerwać ogień, ponieważ wszystkie czołgi trafione, ocena bardzo dobra, a po­ciski trzeba oszczędzać. Wyjaśniłem to natychmiast moim żołnierzom. I teraz dokładnie przez lornetkę obejrzałem makiety czołgów. Istotnie wszystkie zostały trafione, w tym trzy makiety dwa razy. Kolejne zadania, to jeszcze: jedno strzelanie do grupy pięciu czołgóww ruchu, dwa strzelania do dwóch czołgów w ruchu i trzy strzelania do celów stałych - makiet czołgów okopanych, lub dział pancernych. Wszystkie te trudne strzelania wykonane zostały na ocenę bardzo dobrą. Byłem zachwycony i szczęśliwy. Ale zamiast gratulacji płk Czaplewski kazał przydzielić mi pięć pocisków, puścić trzy makiety czołgów w ruchu i mnie samodzielnie wystąpić w roli celowniczego działa. „Muszę sprawdzić jak strzela nauczyciel” - powiedział. Był to dla mnie wyjątkowo szczęśliwy dzień. Wszystkie trzy makiety czołgów trafiłem, a dwie dwukrotnie – ocena bardzo dobra. Po zakończeniu strzelań płk Czaplewski polecił mi zrobić zbiórkę baterii i po przyjęciu mojego meldunku serdecznie nam podziękował i pogratulował sukcesu. Ku chwale Ojczyzny! odpowiedziała bateria. Zwolnił nas także z dalszych ćwiczeń i nakazał powrót do pułku.

Wszyscy byliśmy ogromnie szczęśliwi i mimo nieprzespanej nocy nie czuliśmy zmęczenia. Zdążyliśmy jeszcze na obiad. W pułku już wiedziano o naszym sukcesie. Kiedy wszedłem do kasyna zastałem jeszcze większość oficerów pułku. Był także dowódca pułku ówczesny frontowy żołnierz mjr Józef Gross wraz z zastępcami. Gdy mnie zobaczył podszedł do mnie, przywitał się i po ojcowsku mnie uściskał. Zobaczyłem wtedy w oczach tego surowego dowódcy łzy szczęścia. W moich oczach również zrobiło się bardzo mokro i ze wzruszenia zapomniałem o złożeniu meldunku. Posypały się oczywiście wyróżnienia. Moi żołnierze dostali dziesięciodniowe urlopy, a także awanse, zwłaszcza dowódcy działonów i plutonów. Ja dostałem nagrodę pieniężną, ale najbardziej sobie ceniłem to ojcowskie podziękowanie dowódcy pułku. Po kilku dniach zastanawiałem się co zdecydowało o moim sukcesie i doszedłem do wniosku, że obok oczywiście dobrego wyszkolenia zdecydowały następujące czynniki: Po pierwsze udało mi się zdobyć pełne zaufanie u moich żołnierzy i ja zaufałem im. Wszyscy ofiarnie pracowaliśmy i pragnęliśmy zdobyć sukces. Moje prawie pięcioletnie dowodzenie baterią nie było oczywiście tylko pasmem samych sukcesów. Zdarzały się również niepowodzenia i kłopoty, podobnie jak w codziennym życiu. PS. To wspomnienie poświęcam pamięci o kpt Melchiorze Szpilewskim  i por Janie Wieczorku - moich kolegach dowódcach baterii, od których w przeszłości wiele się nauczyłem. Mogłem także zawsze liczyć na ich serdeczność i koleżeńską fachową pomoc. Winien jestem również pamięć o moim serdecznym koledze ppor Stefanie Bukczyńskim, który na skutek ciężkiej choroby odszedł bardzo wcześniez wojska.

Marian ANYSZ

« Powrót do listy